Poszukiwanie
tematu dyskusji stanowi nie lada wyzwanie, nawet dla mnie - studentki
dziennikarstwa. Zwłaszcza, kiedy z każdego zakamarka wyłaniają się brudy, które
aż proszą się, by je odrobinę nagłośnić, wyciągnąć na światło dzienne. Jako, że
entuzjastką bałaganu nie jestem, postanowiłam odrobinę posprzątać.
Czy
można pisać o niczym? Czy ,,można’’, a raczej czy ,,należy’’ pisać o niczym? Pytanie, czy znajdą się chętni, którzy to kupią. W dobie powszechnego
korzystania z Internetu i innych środków masowego przekazu, do cna przesyconych
złem pod każdą jego postacią, rzekłabym, zabieg ten jest niemożliwy. Nie
oznacza to jednak, że niewykonalny. Realny, ale abstrakcyjny. Nie do pomyślenia
dla zapalonych dziennikarzy i pracowników medialnego rynku. Zadajmy sobie to
pytanie jeszcze raz, mając na uwadze powyższe wytyczne, stanowiące dekalog ówczesnego reportera: Czy warto pisać o niczym?
Tekst
ma się sprzedać. To główna i fundamentalna zasada w poradniku małego żurnalisty.
Nieważne, czy piszesz o podwyżkach cen paliw, czy o kolejnej reformie
szkolnictwa – zrób to w taki sposób, by ludzie to kupili. Jednak w czasie, gdy
tylko dramaturgia jest opłacalna, uśmiercanie rentowne, a krew dochodowa,
trzeba się nieźle napocić, by zrealizować wyżej wymienione standardy. Jesteśmy
wymagającymi klientami, zaś dziennikarze starają się sprostać naszym
wymaganiom. Sensacyjność, świeżość, wulgarność, bezwstydność, soczystość,
niewybredność. Wbrew ogólnemu zniecierpieniu rybich ości, które odbierają
przyjemność delektowania się smakiem tej potrawy, te ,,–ości’’ lubimy
najbardziej.
Chodzi
przede wszystkim o pisanie. Sztuką jest pokazywanie zwyczajności w swej
nadzwyczajności. Bo zwyczajność jest łatwa, zrozumiała dla wszystkich, a
nadzwyczajność dodaje jej charakteru,
smaku. Czym byłby dziennik, bez krzyczącego nagłówka? Gazeta nie zajmuje
się już handlowaniem banalną i małostkową codziennością. Uciekamy od powszedniości i monotonii, bo jest
najprościej mówiąc – nudna. ,,Zabiła męża łopatą’’, ,,Zgwałcił i poćwiartował
ciało’’, do tego dodajmy jeszcze wielkie zdjęcie na pierwszej stronie i voilà – popyt automatycznie wzrasta.
Sensacja
sprzedaje się, jak świeże i ciepłe bułeczki w pobliskiej piekarni z samego rana.
A my lubimy zjeść sobie na śniadanie chrupiącą z zewnątrz i miękką w środku grahamkę.
Podobnie rzecz ma się w przypadku nowinek – z jednej strony mają być
uderzające, brutalne i bezwzględne, z drugiej zaś wywoływać w nas odrobinę
(byle nie za dużo) współczucia i litości. Karmimy się aferami, skandalami. Poprawiamy sobie humor czyimś nieszczęściem,
tylko po to, by w efekcie stwierdzić, że nasze życie jednak nie jest takie złe,
jak nam się wydaje.